Franciszek Hawrysz z Gorzycy został jednym z laureatów XIV edycji Dolnośląskiego Konkursu Literackiego organizowanego przez Dolnośląską Bibliotekę Publiczną im. Tadeusza Mikulskiego we Wrocławiu. Tegoroczny temat brzmiał: „Moje szkolne wspomnienia”, a praca naszego mieszkańca zyskała uznanie jury za autentyczność, poruszającą narrację i ogromną wartość historyczną.

Nie możemy zaprezentować całej pracy, ponieważ zgodnie z regulaminem konkursu opublikowana zostanie w całości dopiero w zbiorczej publikacji pod koniec sierpnia przez Dolnośląską Bibliotekę Publiczną. Z przyjemnością dzielimy się jednak fragmentem, w którym autor wspomina swoje pierwsze szkolne lata. Były to trudne, wojenne i powojenne czasy, w których nauka była nie tyle obowiązkiem, co prawdziwym przywilejem. Trzeba było chcieć, pokonać przeszkody i wierzyć, że edukacja otwiera drogę do lepszego życia.

Ten niezwykle aktywny i zasłużony mieszkaniec naszej gminy od lat angażuje się w życie społeczne – jako pedagog, działacz sportowy i kulturalny, dziennikarz oraz promotor idei olimpijskiej. Przez ponad sześć dekad inspirował młodzież i dzieci do rozwoju, zarówno umysłowego, jak i fizycznego. Był  między innymi prezesem lubińskiego Klubu Olimpijczyka, członkiem Towarzystwa Kultury Fizycznej, PTTK oraz stowarzyszeniu „Mistrz Sportu Mistrz Życia”.

Cieszymy się, że tak wyjątkowa postać reprezentuje gminę Lubin i gratulujemy kolejnego pięknego wyróżnienia. Poniżej fragment publikacji Franciszka Hawrysza:

Moje dzieciństwo przypadło na lata wojenne w związku z tym pierwsze lata mojej edukacji szkolnej były bardzo przerywane. Z powodu zagrożenia atakami ukraińskich band UPA musieliśmy opuścić dom w Hrehorowie i uciekać do polskiej wioski Łukowiec, gdzie mieszkaliśmy ponad półtorej roku. W 1944 roku, gdy na te tereny przyszli Rosjanie, powstała w Łukowcu szkoła podstawowa. Dzięki temu właśnie tam ukończyłem klasę I. Moim nauczycielem był Marian Burdzy – wieloletni radny powiatowy, który pochodził z Łukowca. Uczęszczałem również na katechizm i w 1945 roku otrzymałem komunię świętą. We wrześniu 1945 wyjechaliśmy na Ziemie Odzyskane i to właśnie tam rozpocząłem naukę w IV klasie szkole podstawowej w Skowronkowie, która powstała w 1946 roku. Szkołą kierowała Tekla Podhorodecka, która wykształciła i wychowała całe pokolenia. Ciekawostką jest to, że młodzież w mojej klasie była przerośnięta od 2 do 5 lat; każdy z nas był w różnym wieku i miał poziom wiedzy na różnym poziomie. Następne klasy (V, VI i VI) ukończyłem w Krzeczynie Wielkim – wiosce oddalonej o 2 km od Skowronkowa. Uczyłem się dobrze, możliwość nauki był dla mnie przywilejem. Raz zapytany przez sąsiadkę ze Skowronkowa o to, jakie mam stopnie, odpowiedziałem: „Jakbym nie miał bardzo dobrych, to nie wiem, co by mama powiedziała”. W 1951 roku skończyłem szkołę podstawową i zostałem przyjęty do Liceum Ogólnokształcącego nr 1 w Lubinie. Było to jedyne liceum ogólnokształcące w Lubinie w tamtych czasach. Niestety, po dwóch tygodniach nauki, wezwał mnie do siebie pan dyrektor mówiąc, że: „Od jutra nie jesteś już uczniem naszej szkoły”. Byłem bardzo zdziwiony tą wiadomością i pytając go, co jest powodem takiej decyzji, usłyszałem w odpowiedzi : „Niech przyjdzie ojciec, to wyjaśnię”. Na drugi dzień tato przyszedł do szkoły i spotkał się z dyrektorem. Ten powiedział mu tylko, że polecenie wydalenia mnie z liceum przyszło z komitetu powiatowego PZPR, dlatego tam właśnie ojciec udał się następnie, aby wyjaśnić całą sytuację. W tym czasie mój najstarszy brat, Józef, był studentem seminarium duchowego we Wrocławiu i właśnie ten fakt – według sekretarza komitetu powiatowego PZPR – okazał się wpłynąć na ich decyzję o losie mojej dalszej nauki. Sekretarz skomentował to mojemu tacie tymi słowami: „Polska Ludowa potrzebuje inżynierów, a pan chce synów wykształcić na księży”. Ojciec tłumaczył, że ja właśnie chcę być inżynierem, a starszy syn, czyli mój brat, Józef, sam wybrał sobie taką uczelnię i – skoro w Polsce Ludowej istnieją takie uczelnie, to on nie widzi problemu. Niestety, decyzja zapadła i nie mogłem już wrócić do liceum w Lubinie. Bardzo to przeżyłem, płakałem kilka dni, ponieważ bardzo chciałem się uczyć, a niestety nie mogłem. Nie wiedziałem też, czy taka sama sytuacja nie wydarzy się, jeśli zapiszę się do którejkolwiek innej szkoły. W końcu wybłagałem dyrektora Liceum Ogólnokształcącego nr 1 w Lubinie, aby przyjął mnie do VII klasy podstawówki, która znajdowała się w tym samym budynku. Dyrektor zgodził się i powtarzałem rok nauki, aby nie zapomnieć wiedzy, którą zdobyłem w SP w Krzeczynie Wielkim. Przez ten czas szukałem innej szkoły, która by mnie przyjęła na dalsze lata nauki. W 1952 roku, zdałem egzamin wstępny do liceum pedagogicznego w Legnicy. Trzeba było też przejść badania medyczne, np. badanie słuchu. Była to szkoła czteroletnia, która przygotowywała nauczycieli do pracy w szkołach podstawowych na terenie całej Polski