23 września 2025 roku Norbert Grabowski złożył ślubowanie i objął stanowisko wójta gminy Lubin. Samorząd znał dobrze, bowiem przez jedenaście lat przewodniczył radzie gminy. Szybko jednak przekonał się, że czym innym jest patrzeć na gminę z sali obrad, a czym innym każdego dnia podejmować decyzje i brać za nie odpowiedzialność. Pierwszy rok przyniósł setki spotkań, inwestycje i remonty, ale też problemy z wodą, drogami, planowaniem przestrzennym i sprawy, których nie da się rozwiązać od ręki. Pytamy więc wójta o to co się udało, ale także o rozczarowania, ograniczenia, trudne decyzje i o to, czego Norbert Grabowski dowiedział się o gminie, i o samym sobie dopiero z fotela wójta.

Co pana najbardziej zaskoczyło po pierwszym roku pracy?

– Niemoc wynikająca z procedur, które są związane z samorządem. Byłem przedsiębiorcą, przez lata podejmowałem różne decyzje i przyzwyczaiłem się, że jeżeli widzę problem, to szukam sposobu, żeby go możliwie szybko rozwiązać. W samorządzie wygląda to zupełnie inaczej. Czasami chodzi o naprawdę drobną rzecz, którą mówiąc obrazowo można byłoby zrobić niemal od ręki. Tymczasem trzeba przygotować dokumentację, zrobić zapytanie ofertowe, poczekać na oferty, rozstrzygnąć postępowanie i dopiero można działać. Mijają tygodnie, czasami miesiące. Najbardziej zaskoczyła mnie właśnie ta liczba procedur, które trzeba przejść i ich czasochłonność.

Zdarza się jeszcze panu powiedzieć pracownikom: „przecież to prosta rzecz, po prostu to zróbmy”, a oni odpowiadają: „panie wójcie, tak się nie da”?

– Oczywiście. I słabo się to ma do mojej natury, bo jestem człowiekiem, który lubi działać od razu. Przeraża mnie, że musimy przygotowywać pełną dokumentację nawet przy niewielkich zadaniach. Mamy na przykład kawałek drogi, około 20 metrów. Droga fizycznie istnieje, ale ze względu na różne kwestie formalne nie możemy po prostu tam wejść z wykonawcą i jej naprawić. To często kilka miesięcy oczekiwania, kolejne procedury i dodatkowe pieniądze. Mam więc apel do rządzących: uprośćmy część tych procedur, żeby samorządom łatwiej było pracować. Tymczasem z miesiąca na miesiąc obowiązków administracyjnych i biurokracji nam przybywa.

Chcę przy tym jasno powiedzieć, że moi pracownicy robią wszystko, żeby sprawy szły do przodu. To nie jest problem ludzi. To jest moje zderzenie z rzeczywistością proceduralną samorządu.

Po pierwszym miesiącu pracy mówił pan, że o wielu szczegółowych problemach dowiaduje się dopiero jako wójt. Co jeszcze pana zaskoczyło?

– Skala problemów z infrastrukturą wodno-kanalizacyjną. Wiedziałem, że nie jest ona w najlepszym stanie i wymaga remontów, ale dopiero po dokładniejszym przyjrzeniu się sytuacji zobaczyłem, jak duży jest to problem. Nie jesteśmy w stanie naprawić wszystkiego w ciągu roku. To efekt wielu lat i infrastruktury, która często powstawała w latach 90., dla zupełnie innej liczby mieszkańców.

Gmina, która kiedyś miała 5–6 tysięcy mieszkańców, ma ich dziś prawie 20 tysięcy. Miejscowości, które kiedyś były niewielkimi wsiami, bardzo się rozrosły. A rury pozostały te same. Przekroje są za małe, infrastruktura jest wyeksploatowana i wymaga modernizacji. Zaczęliśmy już działania, bo bez odpowiedniej infrastruktury wodno-kanalizacyjnej nie będzie miejsca na dalszy rozwój gminy. Tego problemu nie można odkładać.

A finanse? Po roku zna pan już budżet od zupełnie innej strony. W jakiej kondycji jest gmina?

– W naprawdę niezłej. Patrząc na zadłużenie i pieniądze, którymi dysponujemy, mamy duże możliwości działania. Oczywiście nie są to pieniądze, które pozwolą od razu uleczyć wszystkie bolączki gminy, bo potrzeb jest bardzo dużo. Możemy jednak zajmować się najbardziej newralgicznymi miejscami i co bardzo ważne, uczestniczyć w konkursach o pieniądze zewnętrzne.

I na tym opiera się moja strategia. Zleciłem w tym roku przygotowanie wielu projektów mniejszych i większych. Chcę mieć jak najwięcej gotowej dokumentacji w przysłowiowej szufladzie. Kiedy pojawia się możliwość pozyskania pieniędzy zewnętrznych, wyciągamy gotowy projekt i sprawdzamy czy możemy go dopasować do danego programu. W wielu konkursach liczy się czas. Kto ma dokumentację i może szybko przystąpić do zadania, ten jest po prostu w lepszej sytuacji.

Dużo pan jeździ po gminie i spotyka się z mieszkańcami. Czego dowiaduje się pan w terenie, czego nie widać zza biurka?

– Choćby tego, jak dużym problemem są odwodnienia. Podczas intensywnych opadów woda potrafi powodować konkretne straty i bardzo utrudniać ludziom życie. O takich sprawach najlepiej dowiaduje się właśnie na miejscu. Chcę też mocniej postawić na to, co nazywam „utrzymaniówką”, czyli dbanie o gminne mienie. Wyremontowaliśmy i odświeżyliśmy kilka świetlic, zajmujemy się placami zabaw, chodnikami i innymi elementami przestrzeni publicznej. To mogą się wydawać drobne rzeczy, ale one składają się na całość.

Niektórzy powiedzą: przy tylu potrzebach naprawdę ważne jest malowanie świetlic czy wygląd gminnego mienia?

– Jak nas widzą, tak nas piszą. Uważam, że gmina powinna dawać przykład mieszkańcom. Jeżeli oczekujemy, że ludzie będą dbali o swoje otoczenie, sami również musimy dbać o nasze budynki, place, chodniki czy tereny zielone. Wiem, że estetyka nie zastąpi inwestycji w wodociągi czy drogi. Ale jedno nie wyklucza drugiego.

Z jaki problemami mieszkańcy przychodzą do pana najczęściej?

– Jednym z najtrudniejszych tematów jest dziś planowanie przestrzenne. Zmieniły się przepisy, zlikwidowano studium uwarunkowań i pojawił się plan ogólny. Udało nam się przyjąć go w terminie i dzięki temu odzyskaliśmy pieniądze wydane na jego przygotowanie. Ale dla mieszkańców zaczynają się teraz bardzo trudne sytuacje. Ktoś przychodzi i mówi: mam działkę, chciałbym ją przeznaczyć pod zabudowę, a okazuje się, że nie może tego zrobić.

Nowe przepisy ograniczyły możliwości decydowania w tej sprawie przez wójtów, burmistrzów i prezydentów. Są konkretne wskaźniki i uwarunkowania, szczególnie dotyczące zabudowy mieszkaniowej. I nawet jeżeli rozumiem mieszkańca i jego oczekiwania, nie zawsze mam narzędzia, żeby mu pomóc. To jest chyba jedna z trudniejszych rzeczy w tej pracy: powiedzieć komuś, że rozumiem jego problem, ale przepisy nie pozwalają mi podjąć decyzji, której oczekuje.

Drogi były jednym z pana priorytetów. Co po roku udało się zrobić w tej sprawie?

– Sporo dzieje się przy remontach dróg wewnętrznych. Zmieniliśmy przede wszystkim sposób ich naprawiania. Nie chcę łatać małej dziury obok drugiej małej dziury. Jeżeli już wchodzimy z remontem, staramy się wycinać większy fragment nawierzchni i robić większą naprawę, żeby mieszkaniec rzeczywiście poczuł różnicę i jechał po równej drodze.

Jeśli chodzi o budowę nowych dróg, chciałbym, żeby było ich więcej. W tym roku wiele z nich jest jednak dopiero na etapie projektowania. Jeżeli będziemy mieli gotową dokumentację i pozwolenia, możliwości realizacji w kolejnych latach będą większe.

Potrzeb jest ogromnie dużo. Widzę to również po komentarzach mieszkańców. Wystarczy napisać coś o drogach i natychmiast pojawiają się konkretne wpisy: „a u nas?”, „a kiedy ta droga?”, „a co z naszą ulicą?”. Rozumiem te pytania. Problem w tym, że pomiędzy decyzją „robimy” a wejściem wykonawcy bardzo często stoją procedury, o których mówiłem wcześniej. Trzeba tez pamiętać, że to bardzo kosztowne, idące w setki tysięcy złotych inwestycje i jest ich bardzo dużo.

Nie wszystkie drogi należą jednak do gminy. Jak układa się współpraca z powiatem?

– Chcę być uczciwy: powiat w tym roku pewne drogi remontował i za to dziękuję. Mam jednak problem z tym, że nie zawsze wsłuchuje się w głos gminy, kiedy wskazujemy, które zadania uważamy za najpilniejsze. Jesteśmy na miejscu i wiemy, gdzie jest większe natężenie ruchu, gdzie przybywa mieszkańców i które drogi są najbardziej obciążone.

Nie twierdzę, że remonty prowadzone gdzie indziej są niepotrzebne. Uważam natomiast, że są zadania bardziej priorytetowe i takie, z których od razu skorzystałaby większa liczba mieszkańców.

Mieszkańcy sami zaczęli publicznie upominać się o niektóre drogi. W ostatnim czasie w gminie dwukrotnie gościła ekipa interwencyjna TVP Info. Byli w Dąbrowie Górnej i Wiercieniu. Jest pan po ich stronie?

– Oczywiście. Jeżeli droga jest w fatalnym stanie, mieszkańcom należy się jej remont. Mówiłem w jednym z tych programów publicznie, że część powiatowych dróg przez 50 lat nie była remontowana, tylko mówiąc kolokwialnie doraźnie klejona. Jako wójt deklaruję współpracę z powiatem, również finansową. Ale podkreślam: współfinansowanie, a nie finansowanie.

Przez lata gmina przekazała powiatowi prawie 18 milionów złotych na budowę i przebudowę dróg. Powiat pozyskiwał pieniądze zewnętrzne, natomiast pozostałą część kosztów pokrywała gmina. W niektórych przypadkach po naszej stronie był nawet koszt inspektora. Chciałbym zmienić ten model. Jeżeli zadanie dotyczy drogi powiatowej, możemy je współfinansować, ale oczekuję, że powiat również będzie w tym partycypował kosztowo.

Od początku zapowiadał pan współpracę z sąsiednimi samorządami. Po roku są już konkrety?

– Ta współpraca trwa i jest naprawdę dobra. To gminy z sołectwami, podobną strukturą i podobnymi problemami. Możemy wymieniać doświadczenia i wspierać się przy konkretnych działaniach. Mamy wspólne projekty, działamy między innymi w ramach Zintegrowanych Inwestycji Terytorialnych, mamy także wspólny klaster energetyczny. Wymieniamy się doświadczeniami i rozmawiamy o wspólnych przedsięwzięciach.

A ścieżki rowerowe? To była jedna z pana wyborczych zapowiedzi. Kiedy mieszkańcy zobaczą je w terenie?

– To nie jest łatwy temat, bo znów wracamy do dokumentacji i projektów budowlanych. Ale pewne rzeczy już się dzieją. Chcemy stworzyć bezpieczne połączenia rowerowe z sąsiednimi samorządami. Jednym z kierunków jest powiat polkowicki. Kolejnym gmina Rudna. Rozmawiałem również z wójtem Kunic i nadleśnictwami o możliwościach wykorzystania traktów leśnych. Chodzi mi o to, żeby ścieżki tworzyły sieć i łączyły nas z sąsiadami.

Bezpieczeństwo mocno weszło w tym roku do samorządowej codzienności. Gmina jest przygotowana na sytuacje kryzysowe?

– Na pewno znacznie lepiej niż rok temu. Pod koniec ubiegłego roku stanęliśmy przed koniecznością bardzo szybkiego wykorzystania pieniędzy przeznaczonych na ochronę ludności i obronę cywilną. Kupiliśmy m.in. traktor, namioty, agregaty prądotwórcze i wyposażenie związane z pierwszą pomocą. Teraz dojdzie beczkowóz, to szczególnie ważne po naszych doświadczeniach z awariami wodociągowymi. Kupujemy również urządzenie do pakowania wody, które będzie można wykorzystywać w sytuacjach kryzysowych.

Ale największym potencjałem gminy są ludzie. Mamy dziewięć jednostek OSP i prawie trzystu strażaków ochotników. Cały czas doposażamy jednostki, niedawno kupiliśmy m.in. quada. Projektujemy też halę o powierzchni ponad 600 metrów kwadratowych, w której będzie można przechowywać sprzęt związany z ochroną ludności i obroną cywilną.

A urząd od środka? Zmienił pan zespół?

– Nie było takiej potrzeby. Przejąłem dobrze pracujący i poukładany zespół. Nie przeprowadzałem żadnych wielkich zmian. Te, które były, wynikały przede wszystkim z naturalnych sytuacji, na przykład odejść na emeryturę. Jestem z zespołu zadowolony. To oczywiście nie znaczy, że nie ma błędów. Jeżeli dociera do mnie informacja, że ktoś źle załatwił sprawę albo mieszkaniec został niewłaściwie obsłużony, temat jest wyjaśniany.

Dlatego także i teraz mówię mieszkańcom wprost: jeżeli widzicie nieprawidłowość w pracy urzędu, powiedzcie mi o tym. Chcę wiedzieć o takich sytuacjach i je poprawiać.

A w jaki sposób oprócz oficjalnych spotkań i wizyt kontaktują się z panem mieszkańcy?

– Jestem bardzo aktywny na Facebooku. Niedawno zamieściłem post podsumowujący część naszych działań i zobaczyłem wiele reakcji oraz dziesiątki komentarzy. Zdecydowana większość była pozytywna. Ludzie dziękowali za konkretne rzeczy. Daje mi to bardzo dużą satysfakcję. Ktoś np. wysyła mi zdjęcie nowej latarni i pisze: „dziękuję, panie wójcie, w końcu mamy światło”. Dla kogoś to może być drobiazg. Dla mieszkańca, który czekał na tę latarnię, to nie jest drobiazg. I dla mnie jako gospodarza też nie.

Cieszy mnie również bezpośrednia korespondencja. Ludzie piszą przez Messengera, WhatsAppa, wysyłają zdjęcia. Pokazują, że gdzieś nie świeci lampa, że jest problem z drogą, że coś wymaga naprawy. Staram się każdy taki sygnał sprawdzić.

Nie wszystko możemy zrobić. Ktoś prosi na przykład o postawienie latarni, a później okazuje się, że chodzi o prywatny teren. Gmina nie może wydawać publicznych pieniędzy na prywatnym gruncie. Czasami trudno to mieszkańcom wytłumaczyć, ale takie są przepisy. Najważniejsze, żeby ludzie wiedzieli, że ich sygnały nie trafiają w próżnię.

Która z nieprzewidzianych sytuacji tego roku była najtrudniejsza?

–Straciliśmy wieloletniego pracownika, osobę która bardzo dużo wnosiła w organizację i pracę urzędu. Śmierć naszej sekretarz, to była dla nas największa strata tego roku.

Na początku niemal każdy weekend spędzał pan na wydarzeniach w sołectwach. Nadal da się być wszędzie?

– Nie da się, ale próbuję (śmiech). Mamy 31 miejscowości, a przejazd z jednego krańca naszej gminy na drugi może zająć nawet 45 minut. Bywały dni, kiedy jeździłem z jednego wydarzenia na kolejne i robiliśmy nawet 250 kilometrów. Ale jestem człowiekiem, który lubi ludzi i lubi z nimi przebywać. Chcę ich słuchać i z nimi rozmawiać. Dlatego nadal będę się starał być tam, gdzie dzieją się ważne dla mieszkańców rzeczy.

Wójtem jest się przez całą dobę?

– W moim przypadku chyba tak. Wtorek, czwartek, sobota, niedziela – właściwie nie ma różnicy. Jeżeli ktoś dzwoni, a zdarzają się i nocne telefony, bo trzeba coś zrobić, gdzieś pojechać to jestem gotowy do działania. Nawet kiedy jadę na urlop, zabieram laptop i urządzenie do elektronicznego podpisywania dokumentów. Nie chciałbym, żeby coś było wstrzymywane tylko dlatego, że wójt nie podpisał dokumentu na czas. Nie chcę być osobą, która hamuje pracę innych.

Po pierwszym roku można już pana oceniać?

– Na ocenę przyjdzie jeszcze czas. Jest takie powiedzenie znanego w przeszłości polityka, które bardzo lubię: mężczyznę ocenia się nie po tym, jak zaczyna, ale jak kończy. I tego chciałbym się trzymać. Ocenicie mnie państwo po zakończeniu kadencji. Przede mną jeszcze dwa i pół roku i na tym się skupiam. Wtedy będzie czas, żeby powiedzieć, co się udało, a czego nie udało się zrobić.

Rok temu mówił pan, że w samorządzie można się różnić, ale trzeba ze sobą pracować. Nadal pan w to wierzy?

– Tak. Możemy się różnić w poglądach, ale w sprawach gminy musimy umieć ze sobą rozmawiać. Powiem kolokwialnie: na nikogo nie będę się obrażał. Z każdym rozmawiam i z każdym usiądę do stołu.

Kiedy obejmował pan urząd, od początku wspierało pana pięcioro radnych: Tomasz Fuczek, Renata Jędrak, Lucyna Kopcza, Łukasz Kurowski i Beata Pisarska. A jak dziś układa się współpraca z całą radą?

– Po roku mogę powiedzieć, że ze wszystkimi radnymi współpracuje mi się w miarę dobrze. Staram się utrzymywać normalne relacje i myślę, że radni również widzą moje starania. Nie musimy się we wszystkim zgadzać. Ważne, żebyśmy sobie nie przeszkadzali i potrafili współpracować tam, gdzie chodzi o dobro gminy.

I na koniec: gdyby mógł pan dziś przez pięć minut porozmawiać z Norbertem Grabowskim, który 23 września 2025 roku właśnie składał ślubowanie, co by mu pan powiedział?

– Żeby robił to, co robi. Wiedziałem, że podejmuję się bardzo trudnego zadania. Lubię w życiu wyzwania i to jest jedno z największych. A czy ta praca przyniosła efekty? To nie ja powinienem dziś rozstrzygać. Na końcu ocenią to mieszkańcy.

Dziękuję za rozmowę